PAN TADEUSZ, KSIĘGA TRZECIA |
Stoi pośród grona
Para, nad całą leśną gromadą wzniesiona Wysmukłością kibici i barwy powabem, Brzoza biała, kochanka, z małżonkiem swym grabem A dalej, jakby starce na dzieci i wnuki Patrzą siedząc w milczeniu, tu sędziwe buki, Tam matrony topole i mchami brodaty Dąb, włożywszy pięć wieków na swój kark garbaty, Wspiera się, jak na grobów połamanych słupach, Na dębów, przodków swoich, skamieniałych trupach. Pan Tadeusz kręcił się nudząc niepomału Długą rozmową, w której nie mógł brać udziału; Aż gdy zaczęto sławić cudzoziemskie gaje I wyliczać z kolei wszystkich drzew rodzaje: Pomarańcze, cyprysy, oliwki, migdały, Kaktusy, aloesy, mahonie, sandały, Cytryny, bluszcz, orzechy włoskie, nawet figi, Wysławiając ich kształty, kwiaty i łodygi,- Tadeusz nie przestawał dąsać się i zżymać, Na koniec nie mógł dłużej od gniewu wytrzymać. Był on prostak, lecz umiał czuć wdzięk przyrodzenia, I patrząc w las ojczysty, rzekł pełen natchnienia: "Widziałem w botanicznym wileńskim ogrodzie Owe sławione drzewa rosnące na wschodzie I na południu, w owej pięknej włoskiej ziemi; Któreż równać się może z drzewami naszemi? Czy aloes z długimi jak konduktor pałki? Czy cytryna karlica z złocistymi gałki, Z liściem lakierowanym, krótka i pękata, Jako kobieta mała, brzydka, lecz bogata? Czy zachwalony cyprys, długi, cienki, chudy! Co zdaje się być drzewem nie smutku, lecz nudy? Mówią, że bardzo smutnie wygląda na grobie: Jest to jak lokaj Niemiec we dworskiej żałobie, Nie śmiejący rąk podnieść ani głowy skrzywić, Aby się etykiecie niczym nie sprzeciwić. "Czyż nie piękniejsza nasza poczciwa brzezina, Która jako wieśniaczka, kiedy płacze syna, Lub wdowa męża, ręce załamie, roztoczy Po ramionach do ziemi strumienie warkoczy! Niema z żalu, postawą jak wymownie szlocha! Czemuż Pan Hrabia, jeśli w malarstwie się kocha, Nie maluje drzew naszych, pośród których siedzi? Prawdziwie, będą z Pana żartować tłumaczenia angielski sąsiedzi, Że mieszkając na żyznej litewskiej równinie, Malujesz tylko jakieś skały i pustynie". "Przyjacielu! rzekł Hrabia, piękne przyrodzenie Jest formą, tłem, materią, a duszą natchnienie, Które na wyobraźni unosi się skrzydłach, Poleruje się gustem, wspiera na prawidłach. Nie dość jest przyrodzenia, nie dosyć zapału, Sztukmistrz musi ulecieć w sfery ideału! Nie wszystko, co jest piękne, wymalować da się! Dowiesz się o tym wszystkim z książek w swoim czasie. Co się tycze malarstwa: do obrazu trzeba Punktów widzenia, grupy, ensemblu i nieba, Nieba włoskiego! stąd też w kunszcie peizażów Włochy były, są, będą, ojczyzną malarzów. Stąd też oprocz Brejgela, lecz nie Van der Helle, Ale peizażysty (bo są dwaj Brejgele), I oprocz Ruisdala, na całej północy Gdzież był peizażysta który pierwszej mocy? Niebios, niebios potrzeba! " - "Nasz malarz Orłowski, Przerwała Telimena, miał gust Soplicowski. (Trzeba wiedzieć, że to jest Sopliców choroba, Że im oprocz Ojczyzny nic się nie podoba). Orłowski, który życie strawił w Peterburku, Sławny malarz (mam jego kilka szkiców w biurku), Mieszkał tuż przy cesarzu, na dworze, jak w raju, A nie uwierzy Hrabia, jak tęsknił po kraju, Lubił ciągle wspominać swej młodości czasy, Wysławiał wszystko w Polszcze: ziemię, niebo, lasy." "I miał rozum! zawołał Tadeusz z zapałem: Te Państwa niebo włoskie, jak o nim słyszałem, Błękitne, czyste, wszak to jak zamarzła woda; Czyż nie piękniejsze stokroć wiatr i niepogoda? U nas dość głowę podnieść, ileż to widoków! Ileż scen i obrazów z samej gry obłoków! Bo każda chmura inna: na przykład jesienna Pełźnie jak żółw leniwa, ulewą brzemienna, I z nieba aż do ziemi spuszcza długie smugi Jak rozwite warkocze, to są deszczu strugi; Chmura z gradem, jak balon, szybko z wiatrem leci, Krągła, ciemnobłękitna, w środku żółto świeci, Szum wielki słychać wkoło; nawet te codzienne, Patrzcie Państwo, te białe chmurki, jak odmienne! Zrazu jak stada dzikich gęsi lub łabędzi, A z tyłu wiatr jak sokoł do kupy je pędzi: Ściskają się, grubieją, rosną, nowe dziwy! Dostają krzywych karków, rozpuszczają grzywy, Wysuwają nóg rzędy i po niebios sklepie Przelatują jak tabun rumaków po stepie: Wszystkie białe jak srebro, zmieszały się - nagle Z ich karków rosną maszty, z grzyw szerokie żagle, Tabun zmienia się w okręt i wspaniale płynie Cicho, z wolna, po niebios błękitnej równinie! " Hrabia i Telimena poglądali w górę; Tadeusz jedną ręką pokazał im chmurę, A drugą ścisnął z lekka rączkę Telimeny; Kilka już upłynęło minut cichej sceny; Hrabia rozłożył papier na swym kapeluszu I wydobył ołówek: wtem przykry dla uszu Odezwał się dzwon dworski, i zaraz śród lasu Cichego pełno było krzyku i hałasu. Hrabia kiwnąwszy głową rzekł poważnym tonem: "Tak to na świecie wszystko los zwykł kończyć dzwonem. Rachunki myśli wielkiej, plany wyobraźni, Zabawki niewinności, uciechy przyjaźni, Wylania się serc czułych! - gdy śpiż z dala ryknie, Wszystko miesza się, zrywa, mąci się i niknie!" Tu obróciwszy czuły wzrok ku Telimenie: "Cóż zostaje?" - a ona mu rzekła: "Wspomnienie" I chcąc Hrabiego nieco ułagodzić smutek, Podała mu urwany kwiatek niezabudek. Hrabia go ucałował i na pierś przyszpilał; Tadeusz z drugiej strony krzak ziela rozchylał Widząc, że się ku niemu tym zielem przewija Coś białego, była to rączka jak lilija; Pochwycił ją, całował i usty po cichu Utonął w niej jak pszczoła w liliji kielichu; Uczuł na ustach zimno; znalazł klucz i biały Papier w trąbkę zwiniony, był to listek mały; Porwał, schował w kieszenie; nie wie, co klucz znaczy, Lecz mu to owa biała kartka wytłumaczy. Dzwon wciąż dzwonił, i echem z głębi cichych lasów Odezwało się tysiąc krzyków i hałasów; Odgłos to był szukania i nawoływania, Hasło zakończonego na dziś grzybobrania, Odgłos nie smutny wcale ani pogrzebowy, Jak się Hrabiemu zdało, owszem, obiadowy. Dzwon ten, w każde południe krzyczący z poddasza, Gości i czeladź domu na obiad zaprasza: Tak było w dawnych licznych dworach we zwyczaju I zostało się w domu Sędziego. Więc z gaju Wychodziła gromada niosąca krobeczki, Koszyki, uwiązane końcami chusteczki, Pełne grzybów; a panny w jednym ręku niosły, Jako wachlarz zwiniony, borowik rozrosły, W drugim związane razem, jakby polne kwiatki, Opieńki i rozlicznej barwy surojadki: Wojski niósł muchomora. Z próżnymi przychodzi Rękami Telimena, z nią panicze młodzi. Goście weszli w porządku i stanęli kołem: Podkomorzy najwyższe brał miejsce za stołem; Z wieku mu i z urzędu ten zaszczyt należy, Idąc kłaniał się starcom, damom i młodzieży; Obok stał Kwestarz; Sędzia tuż przy Bernardynie. Bernardyn zmówił krótki pacierz po łacinie, Podano w kolej wódkę, za czym wszyscy siedli I chołodziec litewski milczkiem żwawo jedli. PAN TADEUSZ, KSIĘGA TRZECIA tłumaczenia angielski fragment 120 |
| 2008-11-11 15:58:09 |
Inne artykuły :
- W pustyni i w puszczy, rozdział 21, str. 4
- W pustyni i w puszczy, rozdział 23, str. 5
- W pustyni i w puszczy, rozdział 39, str. 5
- Sklepy cynamonowe,sierpień,3
- SKLEPY CYNAMONOWE, NOC WIELKIEGO SEZONU
- Prus Lalka, Tom 1 rozdział 4
- PAN TADEUSZ, KSIĘGA TRZECIA
- Szekspir, Makbet
- 11 niezmiennych zasad skutecznego działania
- Goethe, Cierpienia Młodego Wertera, cz.2
- Andersen, Brzydkie kaczątko
- Marketing Targów
- Działki budowlane w pirwszym półroczu 2009 r - komentarz
- Szydło w worku - Anton Czechow