Słowacki, Beniowski |
wtenczas po włosku: addio!
Po polsku: pisuj do mnie na Berdyczów.
Okropne słowa! jeśli nie zabiją,
To serce schłoszczą tysiącami biczów.
Panna Aniela, dziewczę z białą szyją,
Była z rodziny dostatniej A.wiczów.
Kochała wiernie – wierność była w modzie –
Lecz ojciec – ten stał jak mur na przeszkodzie.
Mimo to jednak Aniela, jak róże, Co nad wysoki mur liściem wybiegną Patrzeć na słońce – oczy miała duże, Czarne – jak róże, co się nad mur przegną I mimo czujne ogrodowe stróże Zerwaniu chłopiąt i dziewcząt ulegną, A potem gorzki los tych niewiniątek Więdnąć na włosach i sercach dziewczątek; Aniela – mimo ojcowskie czuwanie – Widywała się ze swoim Zbigniewem. Kronika milczy, czy to widywanie Odbywało się pod jaworu drzewem, W godzinę, kiedy słychać psów szczekanie, Kiedy słowiki wywołują śpiewem Księżyc spod ziemi; lecz pozwól, asindziej, Że się nie mogli widywać gdzie indziej. Zwłaszcza o innej porze. Ojciec srogi, Do tego wielki oryginał, splennik; Diabeł wie, jakiej wiary: w rzymskie bogi Wierzył i wierzył w proroctwa i w sennik, Chrystusa także krwią oblane nogi Całował; zwał się cesarzów plemiennik. Słowem, była to dziwna meskolancja Świętości, złota, folgi – jak monstrancja. To porównanie pojąłbyś od razu, Gdybyś go widział w złocistym szlafroku, Z łbem łysym, gdzie jak z Rembrandta obrazu Odstrzeliwało słońce; kiedy w mroku Adamaszkowych purpur stał jak z głazu Kłaniającym się ludziom na widoku I stał jak martwy, niczym się nie wzruszył, Lecz widać było, że żył – bo się puszył. Zamek jego stał nad rzeczką Ladawą, Na skale, a pod skałą staw był wielki. W tym stawie widać było twarz jaskrawą Słońca i białe łabędzie Anielki; Grobelka z młyńską u końca zastawą, Za groblą kościół Panny Zbawicielki Z trzema wieżami baniastymi w złocie I chat okienka niby oczy kocie. Wszystko to było dziwnie piękne, cudne! Zwłaszcza że szlachcic, wielki oryginał Góry uczynił do przebycia trudne, Wężowe w skałach ścieżki powycinał I między róże, co rosły odludne, Postawiał golce rzymskie: ten puginał W ręku swym trzymał i twarz miał brodatą – Skąd łatwo było poznać, że to Kato; Apollo w morzu zostawił koszulę I na Starosty górach stał bez listka; Dalej w egipskich katakombach. ule; Dalej posągi, którym koniec świstka Wyłaził z gęby i przemawiał czule Do pana zamku jak do Antychrystka. Albowiem wszystkie te pomysły pańskie Nie katolickie były – lecz pogańskie. W ogrodzie stała jakaś larwa niema, Czarna, ogromna, rozrosła szeroko; Był to krzesany dąb na Polifema. Jedno w koronie miał wybite oko, A tyle widział nieba, co obiema, I nad sadzawką coś dumał głęboko, Patrząc tym jednym okiem w ciemną wodę: Na deszcz miał czarny wzrok, jasny w pogodę. Naprzeciw była bardzo ciemna grota; Przed nią się nieraz siwy rybak skłoni, Gdy go na stawie ogarnie ciemnota, A sieci pluszczą śród spokojnych toni; Albowiem w grocie Matka Boska złota, Z wieńcem różanych lamp na jasnej skroni, Jako Dyjana o poranku biała, Na staw z różanej tęczy wyzierała. Słowem, było to istne głupstwa wzgórze, Zwierciadło czyste cnego antenata, Na którym meszty świeciły papuże, Rzymska, purpurą bramowana szata, Przy ucztach często na łysinie – róże, A w ręku czara ze śmiercią Sokrata, Tak dobrze, wiernie wykowana rylcem – Że kto pił, zdał się mędrcem – nie opilcem. Słowacki, Beniowski fragment 40 |
| 2008-11-11 16:46:44 |
Inne artykuły :
- Domy nad wodą
- W pustyni i w puszczy, rozdział 1
- W pustyni i w puszczy, rozdział 9, str 4
- Parkowanie autobusu
- Oczy - wstęp.
- OLIMPIADA