W pustyni i w puszczy, rozdział 13, str. 4 |
89
Wszystkie te myśli i obrazy przelatywały jak wichry przez głowę
Stasia. Czuł, że to, co za parę minut ma się stać, jest zarazem straszne
i konieczne. W piersiach skłębiła mu się duma zwycięzcy z
poczuciem okropnego wstrętu do zwycięstwa. Była chwila, że się
zawahał, ale wspomniał na te męki, które znosili biali jeńcy, na reklama sms ojca, na pana Rawlisona, na Nel, na Gebhra, który uderzył dziewczynkę korbaczem, i nienawiść wybuchnęła w nim z nową siłą. „Trzeba! Trzeba” – mówił sobie przez zaciśnięte zęby i nieubłagane postanowienie odbiło się na jego twarzy, która stała się jakby wykuta z kamienia. Tymczasem Idrys umieścił skórzaną gurdę na odległym o sto kroków kamieniu i zawrócił. Staś widział jego uśmiechniętą twarz i całą wysoką postać na równej, piaszczystej płaszczyźnie. Po raz ostatni przebłysła mu myśl, że oto ten żywy człowiek padnie za chwilę na ziemię i palcami będzie rwał piasek w ostatnich konwulsjach konania. Ale wahania chłopca skończyły się – i gdy Idrys uszedł pięćdziesiąt kroków, począł z wolna podnosić broń do oka. Lecz zanim dotknął palcem cyngla, zza osypisk, odległych o kilkaset kroków, dał się słyszeć gromki okrzyk i w tej samej minucie około dwudziestu jeźdźców na koniach i wielbłądach wyroiło się na płaszczyznę. Idrys skamieniał na ich widok. Staś zdumiał nie mniej, ale natychmiast zdumienie jego ustąpiło szalonej radości. Oto wreszcie oczekiwana pogoń! Tak! to nie może być nic innego! W wiosce schwytano widocznie Beduinów i ci wskazali, gdzie ukrywa się reszta karawany! Zrozumiał to tak samo i Idrys, który ochłonąwszy przybiegł do Stasia z twarzą popielatą z przerażenia i klęknąwszy u jego nóg począł powtarzać zdyszanym głosem: – Panie, ja byłem dla was dobry! byłem dla małej bint dobry – pamiętaj o tym!. Staś wysunął mechanicznie ładunki z luf – i patrzył. Jeźdźcy pędzili ile tchu w koniach i wielbłądach, krzycząc z radości i wyrzucając w górę długie arabskie strzelby, które łapali w biegu z nadzwyczajną zręcznością. W jasnym, przezroczystym powietrzu widać ich było doskonale. W środku na czele lecieli dwaj Beduini machając jak opętańcy rękoma i burnusami. Po kilku minutach cała banda dopadła do karawany. Niektórzy z jeźdźców zeskakiwali z koni i wielbłądów; niektórzy zostali na siodłach, wrzeszcząc ciągle wniebogłosy. Wśród tych krzyków można było odróżnić tylko dwa wyrazy: – Chartum! Gordon! Gordon! Chartum!. W pustyni i w puszczy, rozdział 13, str. 4 fragment 20 |
| 2008-10-15 11:27:46 |
Inne artykuły :
- Dżentelmen-sprinter
- W pustyni i w puszczy, rozdział 8, str 2
- W pustyni i w puszczy, rozdział 23, str. 4
- Mechanizmy hamulcowe
- Wzrok, a okulary słoneczne
- Prus Lalka, Tom 2 rozdział 20
- Wyspiański, Wesele
- Architektura życia
- Krasiński, Nie-Boska komedia, cz.4
- Śmierć urzędnika
- Dune znaczy wydma