W pustyni i w puszczy, rozdział 40, str. 4

279 – O panie wielki – błagał Kali obejmując ponownie kolana Stasia – pan wielki odprowadzić bibi do Lueli, a sam wziąć Kinga, wziąć Kalego, wziąć strzelby, wziąć węże ogniste i pobić złych Samburu. Staś uwierzył opowiadaniu młodego Murzyna, albowiem słyszał już poprzednio, że w wielu miejscowościach Afryki wojna nie obejmuje kobiet. Pamiętał, jak niegdyś w Port-Saidzie pewien młody
niemiecki misjonarz opowiadał, że w okolicach olbrzymiej góry
Kilima-Ndżaro niezmiernie wojowniczy szczep Massai47 dochowuje
święcie tego zwyczaju, na mocy którego kobiety walczących stron
chodzą zupełnie swobodnie na wyznaczone targowisko i nie
podlegają nigdy napaściom. Istnienie tego zwyczaju na brzegach Bassa-Narok ucieszyło Stasia mocno, albowiem mógł być
biuro tłumaczeń pewny, że Nel nie grozi żadne niebezpieczeństwo z powodu wojny. Zamierzył też wyruszyć z dziewczynką niezwłocznie do Lueli, tym bardziej że przed zakończeniem wojny nie można było i tak myśleć o dalszej podróży, do której potrzebna była pomoc nie tylko Wa-himów, ale i Samburów. Przywykły do szybkich postanowień, wiedział już, jak ma postąpić. Uwolnić Fumbę, pobić Samburów, ale nie pozwolić Wa- himom na zbyt krwawy odwet, a potem nakazać spokój i pogodzić walczących wydało mu się rzeczą konieczną i nie tylko dla niego, ale i dla Murzynów – najkorzystniejszą.
„Tak ma być – i tak się stanie!” – rzekł do siebie w duchu, a tymczasem chcąc pocieszyć młodego














47
Autentyczne. 280 Murzyna, którego mu było żal, oświadczył mu, że pomocy nie odmawia. – Jak daleko stąd do Lueli? – zapytał. – Pół dnia drogi. – Słuchaj więc: odwieziemy tam bibi natychmiast, po czym pojadę na Kingu i odpędzę Samburu od bomy twego ojca. Ty po jedziesz ze mną i będziesz z nimi walczył. – Kali będzie ich zabijać ze strzelby! I przeszedłszy od razu z rozpaczy do radości począł skakać, śmiać się i dziękować Stasiowi z takim zapałem, jakby to było już po zwycięstwie. Lecz dalsze wybuchy wdzięczności i wesela przerwało mu przybycie tych wojowników, których zebrał w czasie swej wyprawy na zwiady i którym kazał stanąć przed obliczem białego pana. Było ich około trzystu, zbrojnych w tarcze ze skóry hipopotama, w dziryty, łuki i noże. Głowy mieli przybrane w pióra, w grzywy pawianów i w paprocie. Na widok słonia w służbie człowieka, na widok białych twarzy, Saby i koni ogarnął ich taki lęk i takież samo zdumienie jak i Murzynów w tych wioskach, przez które karawana przechodziła poprzednio. Ale Kali uprzedził ich z góry, iż ujrzą dobre Mzimu i potężnego pana, „który zabija lwy, który zabił wobo, którego boi się słoń, który łamie skały, puszcza węże ogniste” itd. – więc zamiast uciekać, stali długim szeregiem w milczeniu
pełnym podziwu, połyskując tylko białkami oczu, niepewni, czy mają
klęknąć, czy padać na twarz, ale zarazem pełni wiary, że jeśli te
nadzwyczajne istoty im pomogą, to wnet skończą się zwycięstwa
Samburu.
W pustyni i w puszczy, rozdział 40, str. 4 biuro tłumaczeń fragment 20

2008-10-26 10:50:52